Nie mogłam się doczekać pierwszego spotkania z Chinami. Chciałam zobaczyć na własne oczy gospodarczego tygrysa, który może powalić na łopatki Stany Zjednoczone, ciągle jeszcze rozdające na świecie karty. Moim polem obserwacyjnym miały być technologiczne start-upy w Szanghaju i Hangzhou.

Chińskie inspiracje
Macie ochotę na więcej wrażeń z Szanghaju? Poniżej linki do relacji innych uczestników wyprawy:
Knut Nicholas Krause

New Trends come from China.


Bike Sharing – and What Media Companies Can Learn from Chinese Startups


Michael Oschmann

From #FOMO to #FOBBO, our trip to China 2018


Pierre Samaties

Digital China – a #NewWorldOrder

O Szanghaju miałam wyobrażenie takie jak przeciętny człowiek Zachodu: że najbardziej zaludnione miasto Chin z potężnym centrum finansowym i gospodarczym. Że trzeci co do wielkości port na świecie, szklane wieżowce, wyrafinowana architektura kolonialna i stare świątynie. „Malownicza” bieda i wielkie bogactwo. A poza tym mili, pracowici ludzie, którzy nad bogacenie się przekładają więzi rodzinne. Już na lotnisku moje wyobrażenie o Państwie Środka musiałam nieco zweryfikować.

Made in China

Na powitanie Simone Pohl, szefowa niemieckiej izby gospodarczej w Szanghaju, od razu uzmysłowiła nam ogromne ambicje chińskich przywódców. – Mówi się, że rozwój Szanghaju jak w soczewce pokazuje rozwój Chin. Na stulecie Chińskiej Republiki Ludowej, czyli do 2049 roku, Chiny zamierzają osiągnąć pozycję superpotęgi przemysłowej. Chcą zmienić pozycjonowanie wytwarzanych u nich produktów i znaczenie informacji umieszczanych na nich. „Made in China” ma być symbolem nie tyko produktów wszędzie dostępnych, ale i bardzo dobrych. Ale co najważniejsze – Chiny chcą być potęgą w stosowaniu sztucznej inteligencji – opowiadała.

Czy to może się udać? – myślałam, przypominając sobie kolejkę do rozmowy ze strażnikiem na lotnisku, gdzie po jednej stronie wyświetlany był filmik patriotyczny, budujący dumę z bycia Chińczykiem, a po prawej – o tym, w jaki sposób policja wykorzystuje zbierane dane o obywatelach, by zapewnić im bezpieczeństwo (cyfrowe systemy identyfikacji to chińskie specialite de la maison). W naszym świecie nazywamy to inwigilacją czy bardziej miękko – naruszaniem wolności osobistej. Chińczycy są jednak przekonani, że to przejaw postępu, który pomaga budować kapitał społecznego zaufania.

Chiński głód sukcesu

Podczas tygodniowego pobytu w Szanghaju, kiedy odwiedzaliśmy takie potęgi technologiczne jak Alibaba, Musicaly czy mobike, często słyszałam, że Chińczycy są głodni sukcesu. Czy to tylko wyraz ekspresji językowej.?
Otóż nie, bo na chiński rynek pracy weszło teraz pokolenie, które ma wpisany w swoje DNA prawdziwy głód rodziców. W społeczeństwie, które liczy miliard trzysta dziewięćdziesiąt jeden milionów ludzi (wszyscy Polacy razy 36), nie są to pojedyncze historie. To pokolenie, które jest konsekwencją polityki „jedna rodzina – jedno dziecko”. Czyli jeden człowiek pracuje najczęściej na dwoje rodziców i czterech dziadków. Ci ludzie są bardzo, bardzo głodni sukcesu. I co ważne, gotowi są go osiągnąć za wszelką cenę. Metodami kompletnie nieprzystającymi do wyobrażenia o ścieżce kariery na tzw. Zachodzie.

Gotówka i pragmatyzm

Obserwując globalne działania Chińczyków, powinno się je przepuszczać przez filtr dwóch słów: gotówka i pragmatyzm, bo miernikiem sukcesu w Chinach są pieniądze. I aby ten sukces osiągnąć, Chińczycy są pragmatyczni do bólu.
Nie dyskutują z „naszym” światem o wartościach, bo ich świat zawsze – i podczas panowania cesarzy, i współcześnie – oparty był i jest na paternalistycznym autorytaryzmie, a ten – na wartościach konfucjańskich. Młodzi Chińczycy, wykształceni na najlepszych zachodnich uczelniach, rozmawiają z nami językiem biznesu, który tak lubimy. Podkreślają, że powiększają wpływy gospodarcze na świecie dzięki wprowadzaniu swojej kultury pracy do biznesu.

Tom Xiang, właściciel start-upu Move Shanghai, a przede wszystkim współautor bardzo popularnego podcastu o wpływie chińskiej technologii na cały świat, mówił wprost: „Podziwiając to, co robi Alibaba, pamiętajcie – to są gangsterzy. Chodzi im jedynie o pieniądze”. Ktoś zapytał: „Czy możemy zacytować twoją opinię?”. „Oczywiście, mówię o tym często” – odpowiedział Tom.

Sezamie, otwórz się!

Cokolwiek by jednak myśleć, Alibaba to nie tylko chiński gigant e-commerce (odpowiednik Amazona), ale także ponad 30 firm technologicznych, których działalność opiera się właśnie na wykorzystywaniu i testowaniu uczących się algorytmów, czyli sztucznej inteligencji (ang. artificial intelligence, AI). Twórca firmy Jack Ma znalazł złoty klucz do sukcesu. Ten uwielbiany przez Chińczyków przedsiębiorca odgrywa rolę ich nowoczesnego bohatera – podobnie jak Steve Jobs w naszym kręgu kulturowym. Jack Ma buduje swoją pozycję bardzo konsekwentnie, zagrał m.in. w filmie, w którym był oczywiście dobrym bohaterem. Jego historię uwiecznia Muzeum Alibaby, a on sam inspiruje tłumy. Jest dowodem na to, że warto się starać – zresztą Jack bardzo dużo i chętnie o tym opowiada.

Jak się wydaje, Jackowi Ma nie brakuje też poczucia humoru, o czym świadczy nazwa jego firmy. Ali Baba to przecież bohater jednej z najsłynniejszych baśni „Księgi tysiąca i jednej nocy”, który dzięki poznaniu zaklęcia otwierającego wrota groty stał się bogatym człowiekiem. Ale to tylko mrugnięcie okiem, bo Jack Ma nie mówi „Sezamie, otwórz się!”, tylko systematycznie buduje potęgę swojej firmy. W Alibabie spędziliśmy cały dzień i to doświadczenie wywarło na nas wszystkich największe wrażenie. Firma, która zaczynała jako platforma zakupowa między firmami chińskimi i tymi na Zachodzie, dzisiaj oprócz doskonalenia się i tworzenia nowej jakości w logistyce jest przede wszystkim technologiczną potęgą, która eksploruje moce i możliwości uczących się algorytmów, zmieniając np. oblicze zakupów czy rezerwacji hoteli.

Gangsterzy?

Chińczycy mówią o sobie, że kiedy wchodzą na zachodnie rynki, czują się tak, jakby zabierali zabawki dzieciom… Czy tak właśnie myśleli ci, którzy najpierw zainwestowali w fabryki produkujące witaminę C na Zachodzie, po pewnym czasie je kupili, a potem zamknęli po to, aby dzisiaj 95 procent witaminy C produkować w Chinach? Oczywiście ceny odpowiednio wzrosły.

Dziś Chińczycy inwestują w najlepsze nieruchomości w Barcelonie i w Paryżu, nie wspominając o portach w Grecji. Na najlepszych uczelniach na świecie, jak Oxford czy Harvard, czesne za semestr jest zawrotne, bo dyktowane właśnie przez chińskiego klienta gotowego płacić gotówką. Wizja 400 mln ludzi właśnie intensywnie dorabiających się, którzy podróżują po europejskich krainach jak po Disneylandzie, nie wydaje się odległa.

Pokolenie X bardzo dobrze pamięta, że aby w życiu coś osiągnąć, trzeba było bardzo ciężko pracować. Jednak ta pamięć u nas się kończy. Do głosu dochodzi pokolenie, które chce pracować z pasją, dla przyjemności. Nie chce żyć, aby pracować, tylko pracować, aby żyć. A w Chinach praca przez 6 dni w tygodniu po minimum 12 godzin dziennie to norma. Kiedy Chińczyk pracuje nad projektem 14-16 godzin, opowiada o tym z podekscytowaniem i dumą. Nie narzeka. Nie wspomina o depresji czy wypaleniu zawodowym. Jeśli już podejmuje decyzję o odejściu z pracy, uzasadnia to tym, że chciałby spędzać więcej czasu z rodziną. Alarmujące – dla człowieka Zachodu – statystyki samobójstw (ok. 300 tys. ludzi rocznie) Chińczycy przyjmują z konfucjańskim spokojem.

Oby moje dziecko zostało smokiem

W Chinach, w których zawsze najważniejsze było państwo, nie ma poczucia jednostki, potrzeby wolności i indywidualności. Próby transplantacji zachodniego modelu zaangażowania pracowników, z prawem do indywidualnego podejmowania decyzji, na pewno zakończyłyby się tam fiaskiem. Bo chińscy pracownicy oczekują od szefa jasnych wytycznych – to on ma wiedzieć, jak należy postąpić, a oni wykonać polecenie najlepiej, jak potrafią. W Alibabie nad jednym projektem pracuje jednocześnie 16 zespołów. Rywalizacja jest bezwzględna; wygrywa ten, który osiągnie najlepszy rezultat.

Dla Chińczyków nie ma rzeczy niemożliwych, wszystko jest do osiągnięcia. Tylko każdy musi być przygotowany na to, że będzie trudno, i to już od najmłodszych lat. O chińskich rodzicach, którzy mają wygórowane ambicje w stosunku do dzieci, mówi się, że „Pragną, aby ich dziecko zostało smokiem”. I wygląda na to, że nie jest to postawa odosobniona. Chińskie dzieci wychowywane są w poczuciu, że muszą być najlepsze, bo kto nie wygrywa, ten ginie. Na nasze europejskie sugestie na temat szczęśliwego dzieciństwa, że przecież dzieci nie muszą w wieku trzech lat liczyć do 200, chińscy rodzice bardzo spokojnie odpowiadają: „Tak, u Was nie, bo nie macie konkurencji”.

Bez telefonu ani rusz

Z Szanghajem chcę się pożegnać, jadąc na lotnisko metrem. Ale przedtem jeszcze ostatni posiłek, ostatnie wydane juany i nagle przychodzi mi go głowy myśl: czy na pewno będę mogła zapłacić w metrze kartą? Otwieram Google i… niestety, nie. Jestem w centrum miasta, wydaje się, że znalezienie bankomatu powinno być łatwe. Google i maps.me (te aplikacje miałam w telefonie) wskazują mi trzy miejsca, ale informacje są nieaktualne. W końcu w hotelu miła pani łamanym angielskim mówi, gdzie znajdę bankomat – na szczęście była to droga do starej świątyni, którą już znałam. Uff, miałam gotówkę i mogłam kupić bilet.

Czy Chiny są tak zacofane w systemie płatności, że nie korzystają z kart? Nie, to my ich dopiero gonimy, oni przeskoczyli etap płatności kartami i większość transakcji dokonywana jest za pomocą telefonu. Najpopularniejsze aplikacje płatnicze to alipay i wechatpay. Telefon jest też niezastąpiony, jeśli Chińczyk chce otrzymać szybko kredyt. Wystarczy, aby w swojej aplikacji zadał pytanie, a w kilka sekund przyjdzie decyzja, ile pieniędzy może dostać. Kolejne dwie sekundy i pieniądze już można wydawać.

A co z kartami? Owszem, można nimi płacić, ale przede wszystkim w miejscach, które oferują usługi w cenach przeznaczonych dla zachodnich turystów.

Zastąpią nas algorytmy?

W Szanghaju odwiedziliśmy także firmę Tezign, czyli aplikację, w której to komputer analizuje potrzebę klienta i dobiera mu właściwego wykonawcę. Na razie ze względów etycznych komputery same nie tworzą produktu, ale przecież są już takie, które nieźle sobie radzą z grafikami, nie wspominając o tworzeniu muzyki.

W mieście technologicznej rewolucji na każdym kroku nasuwały mi się pytania: Jak zmieni się nasz rynek usług? Co my mamy do zaoferowania Chińczykom? Czy umiemy być partnerem?

Aby zrozumieć chiński sposób myślenia, zaczęłam z moimi córkami uczyć się mandaryńskiego. Już na pierwszej lekcji dowiedziałam się, dlaczego Chińczycy w przeciwieństwie do nas nie lubią narzekać. Dlaczego? Bo narzekanie powoduje zły nastrój i źle wpływa na zdrowie. Więc po co to robić? – tłumaczyła mi Phibi – moja nauczyciela chińskiego. – My, Chińczycy uwielbiamy się rozwijać, a narzekać na coś, czego się nie da zmienić, nie ma sensu. Moja córka Marysia podsumowała z uznaniem: „Mądrzy są – można się od nich dużo nauczyć”.

Nowy Pudong ilustruje zmiany w Chinach, powstał w 1990 roku jako finansowe i komercyjne centrum Chin.

Założyciele Alibaby stoją na rękach, by fizycznie zobaczyć świat z innej perspektywy.

Raz do roku można w firmie wziąć ślub prowadzony przez Jack Ma.

Stary sposób przekazywania informacji – faks. Eksponat w Muzeum Alibaby.

W hotelu czekał na mnie telefon – mogłam tam zalogować się do wszystkiego, czego potrzebowałam. Z chmury miałam dostęp do swoich kont Google. Mając dostęp do sieci i połączenie z moim internetem, mogłam poruszać się po mieście.