Codziennie – kiedy głowimy się nad projektami, ale i kiedy patrzymy na Jego fotografię, wspominamy wspólne wyjazdy, spotkania – co rusz uświadamiamy sobie, jak bardzo Jego nieobecność jest dotkliwa. I teraz, kiedy szykujemy się do świąt, trudno odpędzić myśl, że już wszystkie Wigilie, święta i zwykłe dni pracy będą bez Roberta. Trudno sobie to ułożyć, zracjonalizować, oswoić. Pewnie też dlatego, że rzadko spotykamy ludzi, którzy jak On tak bardzo pozostają po dobrej stronie pamięci.

Kiedy przyszłam pierwszy raz do AUDE, zobaczyłam chłopca o czarnych błyszczących oczach, kompletnie pochłoniętego tym, co robił. Trochę nieobecnego, a nawet nieprzystępnego, zamkniętego w swoim świecie. Rzadko uchylał gardę i tylko na chwilę. Jakby się bał, że ktoś może Go zranić. A może dobrze wiedział coś, czego my nie chcemy wiedzieć? Że nie warto rozmawiać o sprawach błahych, zajmować się głupstwami, zabiegać o blichtr, krzątać się po „małym” życiu. On był poza tym. Ale jeśli już udało się do Niego zbliżyć, okazywał się dobrym, wrażliwym człowiekiem. No i był piekielnie utalentowany. Takiego właśnie zapamiętaliśmy Roberta – grafika, człowieka, sportowca.

 Profesjonalista

Zaskakiwał mnie – swoim oczytaniem, umiejętnością puentowania sytuacji, bystrością obserwacji, skrzącą się inteligencją. To zaskoczenie brało się z pozoru, z Jego cichej obecności. Bo kiedy patrzyłam na Jego prace, wszystko stawało się jasne. Pracowaliśmy przy wielu gazetach – On jako grafik, ja – jako redaktor. Jeden z piękniejszych projektów, jaki wyszedł spod Jego ręki, stworzył dla pewnego banku. Byłam naprawdę dumna, kiedy jury konkursu Szpalty Roku nagrodziło ten projekt „za elegancję”. Bo Robert, mimo nieprzywiązywania wagi do zewnętrznych atrybutów tzw. dobrego gustu, miał fantastyczne wyczucie proporcji, koloru i chyba zwyczajnie – piękna.

Pracowałem z Robertem 12 lat. Kiedy pojawił się w firmie, był młodym człowiekiem, który szukał swojego zawodu. Bardzo szybko pokazał nam swoje wyjątkowe zdolności plastyczne, ogromną wrażliwość, inteligencję i nadzwyczajne skupienie, w którym pracował. Miał talent, jaki rzadko się spotyka. Wkrótce zajął w naszej niewielkiej firmie bardzo ważne miejsce.

Dla mnie po Jego odejściu szczególnie trudne są te momenty, gdy spotykam się z Robertem przez wszechobecne ślady po nim na firmowym serwerze. Robimy gazety, które zaprojektował, używamy tampletów, które udoskonalił i zoptymalizował. Wszyscy pracujemy, wykorzystując owoce Jego pracy – niezwykle staranne, pełne polotu, pasji, precyzji. Jest cały czas z nami i dlatego jest tak trudno zrozumieć, że już go nie zobaczymy – tak wspomina Roberta Marcin Rutkowski, wiceprezes firmy, szef grafików.

Z Robertem nierozerwalnie kojarzą mi się początki mojej pracy w AUDE. Bardzo mi wtedy pomógł odnaleźć się w nowym otoczeniu. Zawsze chętnie dzielił się wiedzą, był pomocny i dużo się od Niego nauczyłam. Nigdy, nawet przez sekundę, nie dał mi odczuć, że moje zdanie jest dla Niego mało ważne, bo mam mniejsze doświadczenie od niego – przeciwnie, uważnie słuchał, a potem realizował to, co zaplanowałam, albo proponował inne rozwiązanie. A ja dawałam mu wolną rękę, bo po prostu ufałam Mu i wiedziałam, że cokolwiek zrobi, zrobi to dobrze – taki pozostał w pamięci redaktorki Pauliny Grzędy.

Człowiek

We wspomnieniach Marcina Robert jawi się nie tylko jako profesjonalista, lecz także jako piękny człowiek: – To jednak nie zawodowy brak Roberta jest dla mnie najtrudniejszy. Mimo że Robert oddzielał staranie swoje życie zawodowe od prywatnego i znaliśmy się tylko z pracy, to zawsze myślałem o nim jak o kimś bliskim, od kogo wiele dostaję i dzięki któremu staję się trochę lepszy. Robert był po prostu nieprzeciętnie dobrym, pięknym człowiekiem. Mówiłem mu czasem, pół żartem, pół serio, że nie jest zwykłym człowiekiem, ale świętym. Tak był cierpliwy i wyrozumiały wobec wad i uciążliwości innych ludzi. Tak uczynny i chętny do pomocy i tak niezwykle skromny. Tak uważny na drugiego człowieka i tak słuchający.

Moje niezatarte wspomnienie Roberta to też moja córeczka. Była wtedy malutka, ledwo chodząca. Kiedy przychodziła do studia graficznego, biegła prosto do Roberta i właziła na stół, przy którym pracował. Mogła tam długo stać i patrzeć zachwycona nim. 

Z Ulą wspominamy też spotkania z Norwegami z zaprzyjaźnionej agencji, których uczył pewnego programu graficznego, po co specjalnie przyjechali do Warszawy. Jak oni go polubili i jak bardzo byli pod wrażeniem jego niezwykłej skromności, jak się nim zachwycali, mówiąc mu to zresztą wprost. Wspominamy też, jak w Norwegii kupował specjalnie koszulę przed koncertem w filharmonii, tylko po to, żeby okazać szacunek naszym gospodarzom, bo nie miał w podręcznym plecaku odpowiedniego ubrania na tę okazję.
Jest taka buddyjska opowieść o Bogu, który chcąc uciec od ludzkich roszczeń i narzekań, ukrył się tam, gdzie najtrudniej go znaleźć, czyli w drugim człowieku. Myślę, że Robert nigdy nie miał problemu, żeby go tam znajdować i jednocześnie dzielić się swoją cząstką z innymi.

Kolega

Także dla graficzki Joanny Korolewskiej Robert był kimś szczególnym: – Trudno pogodzić się z odejściem kogoś takiego jak Robert. Był zbyt młody, zbyt dobry. W życiu poznałam zaledwie kilka osób tak ciepłych jak Robert. Nieważne, jak bardzo coś mnie w pracy zdenerwowało, coś, z czym nie mogłam sobie poradzić. Prosząc Roberta o pomoc, nie tylko ją dostawałam, ale również coś więcej. Jego ciepły uśmiech, który sprawiał, że całe moje zdenerwowanie gdzieś odpływało. Zawsze mogłam na Niego liczyć. Był bardzo zdolny, ale zarazem bardzo skromny, dzielił się z nami swoją wiedzą. Nie ma dnia, żebym o Nim nie myślała. A przecież był tylko moim kolegą z pracy. Dla mnie był wyjątkowy.

Paulina podkreśla Jego życzliwość: – Bez Niego moje początki w redakcji byłyby o wiele trudniejsze. I dodaje: – Kiedy miałam trudniejsze chwile, nieraz pocieszył mnie dobrym słowem albo rozśmieszył i rozładował napiętą sytuację. Chyba nawet nie wie (właściwie powinnam napisać „nie wiedział” – łapię się jeszcze na tym, że myślę o Nim w czasie teraźniejszym), jak ważną rolę odegrał w moim audowym życiu. Dla Niego to nie było nic nadzwyczajnego, bo On po prostu taki był – życzliwy, empatyczny, ludzki.

Sportowiec

Nie pamiętam, aby poruszał się innym środkiem lokomocji. Rower był tak z nim zrośnięty, że kiedy myślę Robert – od razu widzę Jego smukłą sylwetkę pochyloną nad ramą sportowego wehikułu. Był cyklistą zapalonym, szalonym, właściwie totalnym – w śnieg, mróz, chlapę zawsze przyjeżdżał do pracy na rowerze.

Opowiada Marcin: – Nie lubił jeżdżenia bez celu, w stylu „ubierz się w obcisłe, bo to warto mieć styl – pojedziemy ode wsi do we wsi” (Janerka). On do rowerów miał podejście profesjonalne. Był genialnym mechanikiem – naprawiał i regulował rowery również wszystkim w AUDE. Ale jego kunszt mechanika i konstruktora rowerów pokazywał oczywiście jego własny rower. Nie miał on nic wspólnego ze sklepową produkcją. Był to monospeed, czyli rower z jednym tylko biegiem zbudowany na ramie szosowej – niezwykle lekki, wyposażony w świetny osprzęt i pedały do butów zatrzaskowych. Robert jako esteta pięknie go zaprojektował, a specjalistyczna lakiernia polakierowała na czarny matowy kolor. Często poruszał się nim szybciej niż samochody po naszej ulicy Tynieckiej, co niejednokrotnie widziałem.
Tego lata, kiedy zginął, zbudował drugi rower na starej wyczynowej ramie, kupionej na portalu aukcyjnym. Był to rower na ostrym kole, czyli pozbawiony hamulców i napinacza łańcucha –  pedały kręcą się zawsze, kiedy jedziesz i to jeszcze tak szybko jak jedzie rower. Jazda na takim rowerze wymaga niezwykłej sprawności i siły fizycznej. Ten rower też był bardzo piękny, choć rama była porysowana. Pytałem Go, kiedy ją polakieruje. Odpowiedział, że musi go najpierw potestować, czy wart jest dalszych inwestycji. Niestety, nie zdążył…

Tomasz Abelec, redaktor techniczny, wspomina wspólne z Robertem pływanie po Wiśle. – To była spontaniczna decyzja. Robert namówił mnie na treningi organizowanie przez Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie. I tak dołączyłem do kolegów i koleżanek, którzy już pływali. Treningi na łódkach odbywały się cztery w tygodniu, w piątki o 7 rano! Robert był bardzo obowiązkowy. Nie zawsze pływaliśmy razem, ale wiem, że nie opuszczał zajęć. To wymagało samozaparcia, dyscypliny. Toteż wkrótce i w tej dziedzinie był coraz lepszy. 

Wzorzec

Czy na Jego projekty miała wpływ muzyka, której słuchał bez przerwy? Pewnie trochę Go od nas odgradzała, ale też wiele mówiła o Jego wrażliwości – jazz, ścieżka dźwiękowa z filmu „Blade Runner”… A po koncercie w norweskim Sande Fiord – także muzyka klasyczna, z którą wówczas pierwszy raz miał kontakt na żywo. I jak to On, kiedy coś Go zainteresowało, nie poprzestawał na chwilowym zachwycie. Wciąż słucham płyty Joni Mitchell, którą nagrał dla mnie. Tak po prostu, bezinteresownie, bo powiedziałam, że mi się podoba.

Był człowiekiem niepospolicie utalentowanym, dlatego Jego projekty są ponadczasowe, ale też niezwykle pracowitym i precyzyjnym, co widać w detalach projektowanych przez Niego gazet. Praca z Robertem była dla mnie prawdziwą przyjemnością. Wszystkie moje pomysły, wyobrażenia pod Jego ręką przybierały wymarzony kształt. Dziś wciąż redaguję gazetę, którą graficznie stworzył, nadał jej niepowtarzalny sznyt. I za każdym razem łapię się na tym, że myślę, jakby to zrobił Robert? Czy to by Mu się podobało? Spełniało Jego standardy? Bardzo się staram, aby Go nie zawieść. Jak wszyscy w AUDE.