Niby to proste. Tak proste, że funkcja korektora w hierarchii wydawnictwa sytuowana jest gdzieś za działem technicznym. Bo cóż to takiego przeczytać tekst i wyłowić błędy literowe i ortograficzne?

Jak niebezpieczny jest zawód korektora, przekonała się kiedyś pewna szefowa korekty, gdy podpisała do druku gazetę, która na pierwszej stronie donosiła, że łódzka prządka została KOKIETĄ ROKU.

W wielu współczesnych redakcjach nie ma nawet takiego stanowiska. Szefostwo wychodzi bowiem z założenia, że autorzy i redaktorzy powinni poprawnie posługiwać się językiem, w którym piszą, natomiast błędy ortograficzne i literowe wyłapie edytor tekstu. Hm…

Czy każdy człowiek umiejący poprawnie czytać i pisać może być korektorem? Nic bardziej mylnego. Oczywiście umiejętności te są warunkiem wykonywania tego zawodu, ale zaledwie wstępnym. Oprócz znajomości zasad pisowni konieczna jest duża wiedza ogólna i zawodowo-techniczna. I coś jeszcze – spostrzegawczość. Niby można się tego nauczyć, ale jak w każdym zawodzie i tu potrzebny jest dar Boży (a może boży, czyli jaki, a nie czyj? To pole do popisu dla korektora:-))

Chodzi o to, „aby korektor znał bardzo dokładnie język, w którym napisane jest dzieło; aby wiedział, czy treść dzieła odpowiada temu, czego wymaga zdrowy rozsądek; aby umiał ustosunkować się krytycznie do swoich wiadomości; aby dobrze znał zasady pisowni i interpunkcji”. Brzmi współcześnie, prawda? Tyle że ten tekst powstał w… XVIII wieku, a wymagania wobec korektorów sformułowali francuscy encyklopedyści, znakomici uczeni Diderot i d’Alambert, kiedy pracowali nad dziełem swojego życia – Wielką Encyklopedią Francuską.

Jeszcze większe wymagania stawiano korektorom w memoriale „Stowarzyszenia Korektorów Paryskich Drukarń”, skierowanym do Akademii Francuskiej w 1868 roku. Pisano tak: korektor powinien „dokładnie odtworzyć rękopis autora często wypaczony w pierwszym składzie drukarni; przystosować indywidualną ortografię każdego autora do właściwych zasad ustalonych przez Akademię; nadawać tekstom jasność przez stosowanie właściwej i logicznej interpunkcji; poprawiać mylne dane, niedokładne daty, niewłaściwe cytaty; przestrzegać stosowania sztuki drukarskiej; poświęcać długie godziny na myślowe i wzrokowe czytanie różnorodnych i za każdym razem innych tematów, gdzie każde słowo może być pułapką, gdyż autor, podążając za swoją myślą mógł przeczytać nie to, co zostało wydrukowane, lecz to, co powinno być wydrukowane. Oto są główne funkcje zawodu, który pisarze wszystkich czasów traktowali jako najważniejszy w sztuce drukarskiej”. No proszę, takie uznanie, to pewnie i gratyfikacja stosowna? Cóż, można się domyślić, że Stowarzyszenie tego właśnie w owym memoriale się domagało.

Był to także zawód ważny, a nawet bardzo ważny (za błędy ośmieszające, zmieniające wymowę tekstu można było trafić do więzienia) i ceniony w rzeczywistości komunistycznej. I.F. Bieliczkow w pracy pt. „Technika korekty” pisał tak: „Niechlujstwo językowe, błędy korektorskie znamionowały prasę kapitalistyczną, kiedy to wydawcy kapitalistycznemu, właścicielowi gazety nie zależało wcale na czystości języka i stylu – byleby gazetę kupowano”.

Ależ pryncypialny ten Bieliczkow! Nie wiem, czy błędy korektorskie były immanentną cechą prasy kapitalistycznej, ale przecież i socjalistyczna nie była od nich wolna, a jakoś ją kupowano. Kiedy do Wrocławia przybył Helmut Khol, ogólnopolski dziennik donosił, że podczas tej historycznej wizyty niemieckiego kanclerza witały polskie i niemieckie „flaki” trzepoczące na wietrze. I dziś taki błąd mógłby się przemknąć, jeśli korektor nie byłby dostatecznie czujny, bo przecież internetowy słownik nie podkreśli słowa „flaki”, wszak takie słowo istnieje… Jak niebezpieczny to zawód, przekonała się kiedyś pewna szefowa korekty, gdy podpisała do druku gazetę, która na pierwszej stronie donosiła, że łódzka prządka została KOKIETĄ ROKU. Oczywiście chodziło o kobietę.

I dziś korektor nie ma lekko. Choć pracę ułatwia mu dostęp do Internetu i cudowny Mr Google, to wymagania wcale nie są mniejsze. Co więcej, oczywista wydaje się znajomość języka angielskiego, przynajmniej w podstawowym wymiarze, i orientacja w tematyce będącej przedmiotem tekstu. Już Bieliczkow sugerował, aby korektor znał przynajmniej jeden nowożytny język obcy, a także… grekę i łacinę (!).